środa, 21 czerwca 2017

Tak, robiliśmy TO. Czyli rozmowa o seksie.

  - Mamo, jak to się właściwie stało, że będziecie mieli jeszcze jedno dziecko? - jeszcze nim dokończył to zdanie [ serio, zadałeś mi to pytanie? Teraz w ten upał, kiedy siedzimy na parkingu w samochodzie i czekamy na Twojego tatę, serio? ] mój pierworodny syn.
- No jak jak, normalnie. Zdecydowaliśmy się na rodzeństwo dla Was bo to jest fajna sprawa i my chcieliśmy mieć trójkę dzieci. No i jestem w ciąży. - odpowiedziałam niemalże jednym tchem, po cichu jednak licząc, że ta odpowiedz zupełnie go usatysfakcjonuje.
- Ale ja się pytam jak to się stało? - Powtórzył pytanie - [ pocę się jeszcze bardziej, czuje jak pot spływa mi po skroniach, ah ten upał ]
- Całowaliśmy się i jest - wiedziałam, że ta odpowiedz, nie powinna tak brzmieć, myślałam wcześniej, że łatwiej przyjdzie mi rozmawiać o tych sprawach z dziećmi. z Córką... z synem !
- Jak ? O tak ( cmok ) i już ? - dociekał dalej, on dociekał a ja ciekłam. [ dobra powiem mu ! ]
- No nie tylko tak, uprawialiśmy seks. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, czułam ulgę, że to powiedziałam. Przecież i tak by się dowiedział. [ uh ! ]
- Mamo ! Chcesz mi powiedzieć, że robiliście TO?  ( i tu pojawia się gest jedną ręką jakby pokazywał, że bierze jakiś wyraz w cudzysłowie " ) Serio, mamo ! - Był wyraźnie zadowolony, że mu powiedziałam, ale czuł się też nieco zakłopotany [ synu, zawołaj tatę, strasznie gorąco, musimy jechać odebrać Twoją siostrę z urodzin ]
- Tak robiliśmy TO. I powtórzyłam ten gest ". Nie tam, żaden palec w dziurkę z palców. [ zaa moich czasów .. ] Dorośli ludzie jak się kochają to uprawiają seks. [ przecież nie powiem, że jak się nie kochają to też uprawiają bo to takie niemoralne, po co dziecku mącić w głowie ]
- Czy to było wtedy ... - [ no zaczyna się ] tak, pamiętasz tak, jak po kryjomu zabrałem tablet z okna, tak i ja sobie grałem wieczorem, tak? Pamiętasz? No i wtedy ja słyszałem takie Oh i Ah., tak ? To było wtedy? [ Borze szumiący, o czym Ty do mnie mówisz dziecko ! ] czuję jak pot zalewa i oczy i wszystko, jak robię się czerwona i purpurowa, zawstydzona.
- Nie to nie wtedy synu, wtedy to my oglądaliśmy film - odpowiedziałam i zerkałam w okno czy do cholery jasnej ktoś przyjdzie mnie uratować.
- No to kiedy? - dopytywał [ serio, chcesz wiedzieć? ]
- no nie wiem, nie pamiętam, to nie jest takie proste, że raz i już [ choooociaż ] w każdym razie, tak. Tak powstają dzieci, uprawia się seks. - czułam się taka dumna, że moje dziecko takie mądre.

Nastąpiła cisza. wiedziałam, że to nie jest koniec rozmowy. Wiedziałam, że on tak łatwo nie odpuści.
[ no dawaj, nie krępuj się ]

- Muszę powiedzieć tacie, że wiem. - a jednak zakończył przesłuchanie.
Wtem przyszedł ojciec, ja tylko czekałam na ten moment kiedy będę mogła pod nosem robić hi, hi, hi. Kiedy syn będzie maglował ojca. Ale syn włączył sobie muzykę i zapomniał o sprawie, śpiewając na głos "pasito, pasito... "








sobota, 17 czerwca 2017

Od głów do stóp - pielęgnacja ciała w ciąży

 

    Nie od dziś wiadomo, że dbanie o ciało w ciąży to arcyważna rzecz. To od tego w dużej mierze zależy to jak nasze ciało będzie wyglądało po porodzie.
Jest nieduży procent kobiet, których ciało po porodzie wraca do stanu sprzed ciąży, ja jednak znajduję się w tej grupie gdzie zdecydowanie należy ciału pomóc.

   W pierwszej ciąży stosowałam oliwkę, którą zakupiłam w drogerii na promocji, nie używałam jej systematycznie, ogólnie miałam problem z systematycznością jeśli chodzi o balsamowanie ciała.
W 8 miesiącu ciąży, więc tuż na samym końcu mój brzuch został pocięty przez rozstępy. Nie wiem na ile tutaj miało wpływ to, że nie smarowałam się należycie a na ile genetyka.

   W drugiej ciąży byłam nieco mądrzejsza. Ale również nie sądziłam, że moje ciało będzie potrzebowało jakieś specjalnej opieki. Wierzyłam, że zwykły krem nawilżający w zupełności wystarczy a na rozstępy które powstały przy okazji wcześniejszej ciąży nic nie poradzę, tak samo jak na to, że w ciąży skóra traci swoją jędrność i pojawia się cellulit.
Nie to żebym o siebie nie dbała, po prostu tak jakoś wyszło.

   Trzecia ciąża to zupełnie coś innego, coś bardziej świadomego ( ale o tym w osobnym tekście ).
To większa świadomość swojego ciała i tego czego ono potrzebuje, co lubi a czego nie.
Ogromną rolę tutaj odgrywa sposób żywienia, który w diametralny sposób zmienił się na przestrzeni tych kilku lat.
Śmieję się, że na każdą cześć ciała nakładam coś innego, ale co ja poradzę skoro to tak dobrze na mnie działa?

Wypracowałam swój wieczorny rytuał. Który powtarzam od 3 tygodni od momentu w którym nabyłam moje wszystkie mazidła.
I uwielbiam to robić bo efekt jest widoczny gołym okiem.

   Od głowy aż po same stopy.

Twarz.
Wiele kremów do twarzy przetestowałam na sobie, kilkakrotnie wracałam do tych samych, ale obecnie to jest mój numer 1. W związku z tym, że moja cera stała się bardziej wrażliwa  - Ziaja.


DZIAŁANIE
Zmniejsza kruchość i przepuszczalność naczynek krwionośnych.
Zapobiega pękaniu i tworzeniu się nowych „pajączków”.
Regeneruje skórę i opóźnia powstawanie zmarszczek.
Łagodzi podrażnienia, intensywnie nawilża oraz uelastycznia naskórek.

UDOWODNIONA SKUTECZNOŚĆ
28-dniowa kuracja redukuje ilość rozszerzonych naczynek o 18.7%*.
*Skuteczność potwierdzona specjalistycznymi badaniami we Francji.

( www.ziaja.com)








DZIAŁANIE
Wyraźnie redukuje rozszerzone naczynka krwionośne.
Zmniejsza zaczerwienienia oraz działa rozjaśniająco na naskórek.
Chroni przed działaniem wolnych rodników opóźniając proces starzenia się skóry.
Delikatnie napina naskórek i wygładza drobne zmarszczki.
Skutecznie łagodzi efekty negatywnego wpływu środowiska Intensywnie nawilża, wygładza oraz lekko rozjaśnia skórę.

(www.ziaja.com)










Ramiona i uda

Na ramionach często robiły mi się takie małe szorstkie krosteczki, po zredukowaniu nabiału owe zniknęły, dodatkowo ćwiczenia na tą partię ciała sprawiły, że stały się one ładne, jednak w ciąży nieco zastała się woda, co widać po ramionach.
A uda to bardzo problematyczna cześć ciała bo u mnie wszystko się tam zaczyna. Tyją jako pierwsze i są podatne na cellulit.
Z pomocą przychodzi Tołpa seria dla przyszłych mam i tych po porodzie.
Dla mnie idealne! już po 3 tygodniach stosowania zauważyłam widoczną poprawę ramion i ud. Są wygładzone i widoczność cellulitu zmniejszona.
Stosuje razem z masażerem. Kolistymi ruchami masuje uda i ramiona od dołu do góry.




DXIAŁANIE
zapobiega powstawaniu cellulitu i wspomaga jego eliminację. Wygładza powierzchnię skóry, eliminuje szorstkość i nierówności. Regeneruje i łagodzi podrażnienia. Nawilżą i odżywia. Przywraca jędrność, uelastycznia i poprawia napięcie skóry. Przy regularnym stosowaniu skóra odzyskuje miękkość i gładkość, nierówności zostają zredukowane.
(www.tolpa.pl)


Biust i brzuch

Obie te części ciała gdyby miały tyłek powiedziałabym, że dostały po tyłku najbardziej. Na biust mocno zadziała grawitacja a na brzuch przebyte ciąże, tycie i chudnięcie. Mocno się starałam by doprowadzić brzuch do porządku a tu trzeci raz się powiększa z lokatorem w środku.
Wiele słyszałam o kosmetykach firmy Palmers i dzięki uprzejmości mojej koleżanki mogę je wypróbować, absolutny strzał w dziesiątkę.
Skóra jest elastyczna, ujędrniona i wygładzona. I do tego pięknie pachnie !

Aktualnie używam małej buteleczki próbki, mam jeszcze 3 saszetki do wypróbowania i wtedy zdecyduje który pasuje mi najbardziej.





Krem ujędrniający.

Ten krem, to dodatek do gazety " Sens ". Zakupiłam ową gazetę podczas pobytu z synem w szpitalu. I gdybym tylko mogła doszukać się w intrenecie czegoś o tym produkcie... ale nie mogę się doszukać. Ale powiem o nim kilka słów. Nie jest to najlepszy krem ujędrniający jaki miałam, ale zdecydowanie przekonuje mnie swoim zapachem. Skóra po nim jest nawilżona, pachnąca i nie klei się. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu i nie brudzi ubrań. Stosuję go rano na całe ciało.



Dłonie i Stopy.

Dłonie mam bardzo szorstkie, wystarczy, że dotknę wody a wysuszają mi się na wiór. Nie znoszę tego uczucia i zawsze w pogotowiu mam krem do rąk. Nakładam go co chwile.
Nie przyzwyczajam się zbytnio do żadnej marki. Dla mnie krem musi być intensywnie nawilżający, chroniący przed wysuszaniem, łagodzący. Koleżanka poleciła mi ten.
Wszystko o czym przeczytacie w jego opisie się zgadza.


Krem jest przeznaczony do szorstkiej, zniszczonej i popękanej skóry dłoni. Krem łączy w sobie całe formułę szwajcarską o właściwościach regenerujących, nawilżających i kojących.
Krem przynosi ulgę i uczucie komfortu suchej, szorstkiej i zniszczonej skórze dłoni. Regeneruje, uelastycznia naskórek i łagodzi podrażnienia. Doskonale się wchłania, tworzy barierę chroniącą przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Ponadto wzmacnia paznokcie i zmiękcza skórki, zapobiegając ich zadzieraniu. Pozostawia dłonie miękkie, idealnie gładkie i delikatne jak nigdy dotąd. Krem jest przeznaczony także do pielęgnacji suchej i zrogowaciałej skóry na kolanach i łokciach.
Składniki aktywne:
- 5% urea zapewnia efekt głębokiego nawilżenia,
- ceramidy uzupełniają niedobór lipidów w naskórku, zabezpieczając go przed negatywnym działaniem czynników zewnętrznych,
- olej z awokado zapobiega utracie wody z naskórka, chroniąc przed wysuszeniem. Uelastycznia i zmiękcza skórę dłoni, likwidując szorstkość i łuszczenie,
- D - pantenol + alantoina działają łagodząco i przeciwzapalnie. Nawilżają naskórek, pobudzając go do regeneracji,
- kompleks witamin A, E, F ; odżywia i regeneruje, sprawiając, że skóra odzyskuje gładkość i elastyczność.


Stopy to chyba najbardziej zaniedbana cześć ciała i zapomniana. Jakby ich wcale nie było.
Ciężko przy nich coś robić jak są zbyt suche ale jak są zbyt rozmiękczone to też ciężko. Do kosmetyczki zawsze nie po drodze i trzeba się ratować samemu. I to nie tylko sezonowo ale przez cały rok by na lato właśnie mieć piękne i zadbane.
Nie mogłam jakoś znaleźć odpowiedniego kremu do pielęgnacji stóp.
Zbytnio nawet nie szukałam, na ten natknęłam się przez przypadek.
I jestem zadowolona. Dla mnie ma jeden minus, bardzo długo wchłania się w stopy czy dłonie i pozostawia tłusty film. Jednak pozostawiona na stopach i dłoniach na noc bardzo dobrze się sprawdza.

Innowacyjna formuła odmładzająca oraz zawartość parafiny gwarantują głębokie, silne zregenerowanie i nawilżenie przesuszonych partii skóry, głęboko ją odżywiają i przynoszą ulgę. Miękkie, bawełniane rękawiczki i skarpetki dołączone do zestawu zatrzymują ciepło, podnosząc skuteczność kuracji.
Spektakularne rezultaty widoczne już po pierwszym zabiegu. Dłonie i stopy stają się delikatne, miękkie i wypielęgnowane jak po profesjonalnym zabiegu w gabinecie kosmetycznym. Skóra młodzieńczo gładka, sprężysta i doskonale zregenerowana.
(www.bielenda.pl)








poniedziałek, 12 czerwca 2017

Córka

  Córka to anioł mówili, córka to przeciwność syna mówili, zupełnie inaczej z córką jest,  mówili.
Owszem, do pewnego momentu to właściwie nie do końca wiesz czy chłopak jest bardziej dziewczęcy bo lubi się bawić lalkami czy dziewczyna bardziej chłopięca bo lubi się bawić pistoletami. Jedno jest pewne ! Różnią się tylko pielęgnacja. Niczym więcej.

Córka. Usposobienie spokoju, harmonii ducha i ucieleśnienie wszystkich mocy boskich.
Jej piękne blond włosy i intensywnie błękitne oczy sprawiają, że ilekroć spojrzy się na nią świat wydaje się być piękniejszy. A jej rączki przeplatające rodzicielską szyje, sprawiają, że znikają wszystkie troski... sielanka. To samo moge powiedzieć o synu.

Córka. Do momentu kiedy niezbyt interesuje się Twoimi kosmetykami jest nieszkodliwa.
Do tego czasu mozesz być pewna, że kiedy przyjdzie Tobie wyjść nagle z domu możesz śmiało zamykać drzwi na klucz, zabierając córkę ze sobą...
Sytuacja nieco się zmienia, kiedy już kilka razy dostrzegłaś, że wygląd Twojej córki nagle się zmienił. Jej porcelanowa zimą, a latem muśnięta słońcem twarz nagle pokryta jest kolorem, którego nie kojarzysz zupełnie ze swojej kosmetyczki... a nie, jednak kojarzysz. To ten kosmetyk który kupiłaś za funta bez sprawdzania koloru...
Jej brwi są mocno wyrysowane kredką, policzki nawet nie muśnięte a zdrowo wyszpachlowane bronzerem, usta w kolorze intensywnie czerwonym, tak, to szminka na specjalne wyjścia.
Specjalne wyjście byłoby gdybym wyszła z nią w tym stanie z domu.

Nie od dziś wiadomo, że dziewczyny lubią się stroić. Najpierw my matki stroimy małe damy w falbaniaste sukienusie, a później one same robią w szafie zamieszanie komponując stylizacje. Nie zawsze jest ona nienaganna, do potwierdzenia. Czasami jest mocno naganna ale ... " taki mam styl mamo"
A kiedy kupujesz córce nowy ciuch, cieszy się bardziej niż kiedykolwiek i już w locie odrywa metki.
Zakłada od razu.

Pomalowane paznokcie.
Szkoła nie toleruje żadnego malowania paznokci, ozdób, biżuterii - nawet kolczyków. A gumka do włosów musi być czarna albo fioletowa.
Ale było wolne to się pomalowało paznokcie. Czas wracać do szkoły to się zmyło. Proste. No nie do końca otóż kiedy niczego niepodejrzewający rodzice oglądaja ulubiony serialorzekonani, że ich córka bawi się bo przecież zrozumiała, że do mamowej toaletki nie może się tykać nagle słyszą wędrówki ludów nad głową ( angielskie budownictwo ), woda z kranu leci, woda w toalecie się spuszcza to musi nuć coś więcej niż tylko fizjologia.
To są pomalowane paznokcie na czerwono, paznokcie, nowe ubranko i toaletka bo się wylało.
Wtedy nie pamietam co powiedziałam najpierw. Czy kurwa, czy idz po zmywacz.

Włosy.
Och ! Jak ja uwielbiam jej świeże włosy. Te loki które rosną jakby chciały a nie mogły. Te blond włosy usilnie mimo mojej woli zmieniają się w czarne ( grube i czarne włosy pojawiają się miedzy tymi lekkimi blond kosmykami ) zapuszczamy włosy by mieć jak Roszpunka.
Z dumą patrzysz jak siedzi przed lustrem i czesze i gładzi włosy i czesze, różową szczotką znanej firmy.
Jak upina te spinki i plecie warkocze czy plącze kucyki.
Ale jak dostrzegasz na kanapie inny kolor włosia niż czarna sierść to w pierwszej chwili myślisz.
" Stary ty łajzo " ale pózniej uświadamiasz sobie, że od doby jesteś sama to podchodzisz do tych kosmyków jak do bomby. Już masz jakiś zarys sprawy, kogo to włosy ale jednak wyganiasz tą myśl z głowy... Dwa palce wystarczą by złapać dwa solidne kosmyki włosów. I wtedy wszystko staje się jasne. " córeczko, czy możesz do mnie przyjść ?" Chcesz dodać słowo na K. Ale to niewychowawcze. Pytasz ( a wiesz... ) czyje to włosy. A ona mówi i pokazuje, że jej tak leciał kosmyk na twarz, a ona nie mogła upiąć włosów to obcięła. Troche. Ładne mi to troche.  Zrobiła dobie grzywkę. Rzadką bo rzadką, ale ewidentnie grzywka.

Kąpiel.
Koniec dnia. Niedziely wieczór to jakby juz dzień tygodnia w ktorym wszystko konczy sie szybciej. Nawet dzień kiedy słońce jeszcze świeci. Dwudziesta godzina. Rano do szkoły.
Kąpiel. Akurat wypada mycie włosów.  Nalewa się woda do wanny. Kojarzy się to matce z jej dzieciństwem jak w niedziele mama czy tata nalewali wody do wanny i nawoływali do mycia, kiedy to muminki śpiewały swoją końcową napisową piosenkę.
Najpierw jedno, pózniej drugie a na końcu mama, relaks.
Mówię by nie brała płynu bo muszę umyć jej najpierw włosy, żeby zmyć czystą wodą. Pójdę tylko po piżamę i wracam. Nucę piosenkę z muminków.
Jedyne słowa po powrocie a nie było mnie kilka sekund to " ja perdole" bo inaczej sie nie da, ale mówię  D L A C Z E G O?!  Dopiero nalaną wodę trzeba było wylać, albowiem, znaczy domniemam, że lalka barbie się posrała i musiała podetrzeć swój plastikowy tyłek połową rolki papieru...
dokończyliśmy mycie włosów pod prysznicem.

Dobranoc córeczko. Buziaczek i przytulasek. Ty moja kochana, grzeczna dziewczynko.
Kolorowych snów.  Melisa. Raz.




sobota, 10 czerwca 2017

Hurra! Będziemy mieli trzecie dziecko!

    Najpierw niby w żartach mówiliśmy o trzecim dziecku. Snuliśmy plany jakby to było gdyby było.
Mówiliśmy, że w tym domu nie mamy tyle miejsca, że auto za małe, że jesteśmy wygodni. Że nie przespane noce, kupki, kolki i nieco więcej prania.
Później już całkiem poważnie stwierdziliśmy, że jeśli nie teraz to kiedy.
Nikomu nie mówiliśmy bo i po co? I tak wiedzieliśmy, że zaraz posypie się milion pytań i będą mówić, że mamy stuknąć się w głowę.  Że dzieci już mamy duże, samodzielne, w miarę ogarnięte.
Możemy nieco więcej z dwójka niż z trójką. Że to wariactwo, że to kosztuje, co z pracą, jak to ogarniemy. bla, bla, bla. Zupełnie jakbyśmy byli pierwszą parą na świecie decydująca się na trzecie dziecko.

Chyba jestem w ciąży...
Mówiłam tak na kilka dni przed zrobieniem testu ciążowego.  Wszak miałam wszystkie objawy, ba!
Ja wiedziałam, że to musi być ciąża ! Ale póki tego nie potwierdziłam to mówiłam " chyba"

Test ciążowy i co dalej ?
Kiedy zobaczyłam na teście dwie kreski utwierdziłam się w swoim przeczuciu!
Hurra! Będziemy mieli trzecie dziecko!!
Cholera! Będziemy mieli trzecie dziecko !!
Ja peirdole będziemy mieli trzecie dziecko !!
No ale co teraz?
Będąc w Polsce pewnie zadzowniłabym do Pani ginekolog i umówiła termin wizyty.
Zrobiłaby usg i zleciałaby badania i potwierdziłaby mój stan.
Ale jestem w Anglii, więc...
Za radą doświadczonych koleżanek które były w ciąży tu w UK, wybrałam się do przychodni by miła Pani z recepcji umówiła mnie do położnej. Tak. Nie do doktora. Do położnej.
Ale nie ma co tam isc zaraz po tym jak zrobi się test. Wizyta i tak będzie dopiero w około ósmego tygodnia.

Do tej pory musiałam borykać się z mdłosciami które sponiewierany mnie tak mocno, że żadna ciąża tak mnie nie przytwierdzała do łóżka.
Ciagle spałam, zasypiałam na stojąco. Apetyt znikał i pokiwał sie wieczorem...
Zjadalam pół kilograma kapusty kiszonej a pózniej byłam chora.

8 tydzień.
Wizyta w szpitalu u położnej.
Dostałam pojemniczek na siku, poszłam sie zważyć i zmierzyć, odpowiedzieć na pytanie czy cieszę się z tej ciąży i czy w domu czuje sie bezpieczna i czy mąż rownież sie cieszy.
Położna powiedziała mi o planie prowadzenia ciąży. Pobrała krew, policzyła tygodni, wyliczyła termin  porodu. Zrobiła szczegółowy wywiad środowiskowy na temat ciotek, babć i dziadków, rodzeństwa stanu ich zdrowia. Dopytał o mnie, o ciąże i porody.
I nie zrobił nic co by dało mi potwierdzenie, że faktycznie jestem w ciąży.
Jesli chodzi o Usg musiałam czekać na list z zaproszeniem na owe badanie które odbędzie się około 12 tygodnia ciąży.
Ten czas dłużył sie niesamowicie. Stresująco na dokładkę.
W Anglii ciąża do 12 tygodni w razie komplikacji nie jest potrzywana.

12 tydzien.
Nareszcie. Pojechałam z duszą na ramieniu.
Pani analityk czy to był technik badań ultrasonograficznych długo i milcząco przyglądała się obrazowi na monitorze. Już miałam czarne myśli.
A ona przemówiła.
" Trzynasty tydzień. Termin porodu nieco wcześniej. Serduszko bije, dziecko żywe, rusza się"
O tak! Moje maleństwo ! To był cudowny widok. Intymny moment. Wpatrywałam się przez chwile i nie mogłam uwierzyć ! Mimo tych wszystkich dolegliwości i szybko powiększonego brzucha dopiero kiedy zobaczyłam dziecko na ekranie uwierzyłam i cieszyłam się ciążą!
Następnie znowu pobranie krwi i badania w kierunku zespołu Downa i innych chorób.
Wyniki przyszły pocztą do domu.

16 tydzień.
Znowu poszłam do przychodni a miła pani recepcjonistka ustaliła mi termin kolejnego spotkania z położną.
Aktualnie...
nie mieszczę się już w żadne przedciazowe spodnie a najlepiej czuje się w sukienkach o spódnicach nawet jak zimno i deszczowo.
Koszulki stały się przykrótkie a fitnesowe ciuchy w rozmiarze xs -s  spoczęły na dnie szafy i ustąpiły miejsca nieco większym.
Jestem aktywna aczkolwiek boje się podnosić ciężarki, borykałam się z kolanem i musiałam odpuścić na chwile.

Dieta ?
Odrzuciło mnie początkowo od kawy, jajek i boczku.
Na śniadanie jadłam owsiankę albo płatki na mleku, tosty na słodko.
Owoce, duzo owoców! Surowe i soczyste!
I chleb ! O tak. Z pomidorem i solą.
Mięso niekoniecznie.
Wszystko smakowało nieco jałowo.
Pilnuje by bez sensu nie podjadać.
Pije wodę i słabą kawę.

A jak starszaki ?
Zachwycone ! To bedzie dobry czas ! ❤️

piątek, 17 lutego 2017

Cykl

   Dobra, początek miesiąca. Tworzę kalendarz. Kalendarz aktywności fizycznej, wszak do sezonu bikini jeszcze trochę czasu, ale teraz jest dobry moment a żeby za parę miesięcy wyglądać lepiej niż rok temu.

Wstaję. Dobra, ustawiony budzik na  7:00 . Teraz wstaję, przeciągam się, czasami za mocno, aż mi coś strzyknie. Szuram stopami po wykładzinie, budzę dzieci.
Wchodzę do łazienki, wychodzę z łazienki. Po skrzypiących schodach idę slalomem między wczorajszymi rzuconymi do prania ciuchami, a kotami które ścigają się, na mecie jest miska. Miska dla nas wszystkich. Na dole radośnie podskakuje trzydziestopiecio kilowe psisko.
   Nastawiam wodę, ziewa, wyciskam cytrynę do wysokiej szklanki, zalewam zimną wodą do połowy, drugą połowę uzupełniam gorącą wodą.
Wypijam. Zasypuje kawę między łykami. Wsypuje ją do kawiarki, dokładnie odmierzam ilość kawy. Zawsze tyle samo. Łyżka stołowa i ciut. Zalewa gorącą ale nie wrzącą wodą, czekam aż się zaparzy.
  Ziewam jeszcze kilka razy, karmię zwierzęta. Kawa się zaparzyła, dzieciaki schodzą opatulone kołdrami na sofę w salonie, włączają bajki. Szykuje im śniadanie. Dokańczam sobie kawę.
Matko jak ta kawa pachnie, taka świeża ! Do kubka z kawą dolewam roślinnego mleka, aktualnie migdałowego. Upijam łyka i czuje jak zamiast krwi mam w  żyłach kawę ! Autentycznie ! Wchodzę na znacznie wyższe obroty.
   Stawiam dzieciom śniadanie na stół, przygotowuje sobie białowo tłuszczowe śniadanie, nie zapominam o warzywach. Pstryk zdjęcie na grupę ! Z kubkiem kawy wbiegam niemalże na górę, ubieram się już w leginsy treningowe i sportowy stanik. Koszulka, bluza, włosy upinam na czubku głowy. Łyk kawy! WOW. ! Ale ona moc. Myję twarz zimną wodą, wklepuje krem. Lekki podkład. Łyczek kawy. Jezu ! już się robi chłodna, łyczek, łyczek. Dziś intensywny trening. łyczek. Szykuje szkolne ciuchy dzieciakom, wołam by się ubierały. Dopijam kawę. Myjemy zęby, poprawka dzieciaków, buty kurtki i do szkoły.
W podskokach wracam, nawołuje od wejścia psa, wesoło merdając ogonem wybiera wyrywając mi prawie rękę ze stawu. Idziemy na spacer. Miarowy oddech, to rozgrzewka. Wracamy.
Jest godzina 9:20.
10:00 Cała chata wysprzątana, witam się jutubową trenerką. Energiczna rozgrzewka. Zmieniam partię ciała, raz siłowy, raz cardio, a raz rozciąganie.
Prysznic, szybkie sprawdzenie formy z lustrem. Jest dobrze.
Biorę się za pełnowartościowe drugie śniadanie, szykuje zdrowy obiad, podwieczorek. Kawa. Przegląd internetów, lecę po dzieciaki, pełna mocy, jakby w transie. Wracamy, spacerowanie, rower, trampolina, zimno nie zimno, deszcz czy słońce.
   Wieczór. Kolacja, fit, bajka, film, pogaduchy, dom tętni życiem. Ja tętnie życiem.
Wychodząc z wanny przybijam sobie piątkę sama z sobą. Myję żeby wklepuje krem w twarzy i wiem,że to było dobry dzień.
I tak przez czternaście dni. Codziennie widzę siebie w dobrej formie, widzę jak zmienia się moje ciało, każdy trening zapisany, kalorie się zgadzają.
Zasypiam koło północy. Spokojny sen.


Wstałam. od 7:00 dzwonił budzik, ustawiam trzy drzemki po ok, 9 minut.
Obudziłam się z bólem brzucha, głodowo - jajnikowy.
Kawa. Tylko o niej marzę. Robię wodę. Tu odbywa się schematycznie jak w poprzednich czternastu dniach. Najpierw woda, wlałam w siebie szklankę wody, pierwszą. Kawa, tak. Kawa. Dzień przed wykorzystałam do wieczornego koktaju białkowego resztę roślinnego mleka, wlałam krowie. Upiłam łyka. Nie zaczęła jeszcze działać. Upiłam kolejnego. Zastanawiam się nad śniadaniem, dzieci widząc moje niezdecydowanie zgodnie mówią, że oni zjedzą dziś płatki. Karmię koty, ich karma pachnie mi czymś mięsnym, mam ochotę na mięso, dzieci płatki pachną czymś węglowodanowym, zjem słodkie śniadanie. Karmie psa, nic nie czuje. Jego jedzenie chyba nawet przestało mu smakować bo nie jadł.
Zrobiłam sobie boczek i dwa jajka. Zjadłam. Nie dopiłam kawy. wylałam połowę kubka.
Ubieram się w czarne leginsy, bluzę. Ogarniam dzieci, siebie, nie mogę iść w takim stanie pod szkołę. wyglądam na zmęczoną. Wszak wstałam 2 godziny temu, mam prawo być zmęczoną.
Wracam.
Biorę psa, Naciągam kaptur na głowę i idę.
Wracam.
Siadam i siedzę. Siedzę i siedzę. Myślę o kawie. Sprzątam. Dla oka w jeden dzień a w drugi dokładnie, jadę na zakupy. wracam. Siedzę. Oglądam trudne sprawy. Myślę, że ja mam trudną sprawę bo nie mam pomysłu na obiad.
Na drugie śniadanie zjadam tosta z masłem i ogórkiem zielonym. Zjadam tosta z dżemem. Zjadam tosta z serem pleśniowym.
Ciągle chce mi się pić. Chodzę do łazienki i piję na zmianę. Siedzę, boli mnie brzuch.
Myślę o treningu ale na siedząco, robie pilates. udaje, że robię pilates, leżę na macie. Jeden dzień odpoczynku, no muszę. Sprawdzam formę w lustrze. Nie jest źle.
Schodzę, zjadam trzecie śniadanie, tuż przed obiadem, tym razem pół bombonierki.
Wracam ze szkoły z dziećmi, jemy obiad. Ziemniaki, kotlet surówka. Kawa. woda. herbata. woda.
  Dzieci idą się myć, jest 22. Ziewam, połykam wszystko co na mojej drodze, czuje głód, ciągle chce mi się pić, pije piwo, jedno przez dwa dni, wiśniowe. słodzone. woda.
Bezproduktywne popołudnie okropnie mnie zmęczyło o 22 śpię. Wstaję w nocy, wędrówki ludów do toalety, śnią mi się głupoty.
I tak już od siedmiu dni.

Być kobietą.

czwartek, 19 stycznia 2017

Vege ciasto czekoladowe!


  Jeszcze do niedawna nie wierzyłabym w to, że w tak łatwy sposób można zrobić ciasto iście roślinne. Serio! Skoro tam same roślinki to ciasto to istna sałatka! 
Jak ? Już Wam mówię jak:

* 40 g orzechów nerkowaca
* 40 g orzechów brazylijskich 
( albo jakaś inna mieszanka orzechów )
* 30 g wiórek kokosowych 
* 40 g oleju kokosowego 
* 2 łyżki miodu 
* 1 awokado 
* 2 dojrzałe banany 
* 1/4 szklanki mleka sojowego 
* 3/4 szklanki ciemnego kakao 

Orzechy pokruszyć, dodać wiórki kokosowe, umieścić w blenderze, dodać roztopiony olej kokosowy i łyżkę miodu. Całość zblenderować na w miarę gładką masę. 
Powstałą masę przełożyć na blaszkę wyłożoną folią aluminiową. 

Schłodzić.

Awokado, banany, łyżkę miodu i kakao zblenderować na krem.
Wyłożyć na wcześniej przygotowany i schłodzony spód. 

Słodzić najlepiej całą noc w lodówce. 

Smacznego ! 




środa, 11 stycznia 2017

Dbam o to by moje dzieci były wielojęzyczne.

    Wyjeżdżając za granice miałam pewne obawy jak moje dzieci poradzą sobie z brakiem znajomości języka angielskiego. Bałam się bardziej o nie niż o samą siebie, gdzie wtedy poziom mojej znajomości był bardzo niski, nadal nie jestem poliglotą ale nieco lepiej mi idzie niż na początku.
Nie wiem nawet kiedy moje dzieci zaczęły mówić płynnie po angielsku oraz czytać i pisać w tym języku. Nie jestem w stanie powiedzieć kiedy nastąpił ten moment, że oni odezwali się po angielsku wśród rówieśników,  ale jedno wiem, wiem, że nie potrzebnie panikowałam.

  Otoczenie.
W naszej wsi mieszka sporo naszych. Naszych czyli Polaków. Jednak w tej części którą zamieszkujemy akurat większość sąsiadów to Anglicy, starsi ludzie. Mieszkają też dzieci ze szkoły naszych dzieciaków. Kiedy dzieci razem się bawią przed domami posługują się tylko językiem angielskim.
Wśród naszych znajomych mamy większość mówiących w naszym ojczystym języku. Znajomi również mają dzieci, a ich dzieci angielskich przyjaciół.

W szkole.
Nasza szkoła jest mała, znacznie przeważają tu uczniowie angielscy, nic dziwnego zatem, mieszkamy w Anglii. Ale oprócz angielskich dzieci są dzieci polskie które mówią do siebie tylko po angielsku.
Nie ma w szkole tłumacza, a podczas przerw dzieci nie zamykają się w swoich rodowitych kręgach.

Na co dzień.
Dzieciaki w szkole spędzają sześć godzin. Sześć godzin mówienia i myślenia po angielsku.
Do tego zajęcia dodatkowe też po angielsku. Po szkole spotykają się z angielskimi dziećmi na podwórku, w sklepie większość mówi po angielsku, na ulicy też. Znaki i reklamy są po angielsku, filmiki na youtube są po angielsku, praca domowa po angielsku, książki po angielsku...

W domu.
Wiadomo, w domu mówimy do siebie po Polsku, raz z tego powodu, że łatwiej jest się nam w taki sposób porozumieć z dziećmi, dwa, że nie chcemy się ośmieszać swoją wymową niektórych słów.
W domu czytamy polskie książki, oglądamy polskie bajki.
Ale dzieciaki między sobą w większej mierze używają języka angielskiego. Nie zabraniamy im tego, czasami prosimy by mówili po polsku powiedzą kilka zdań i za chwilę zaś po angielsku.
Kiedy usiłują coś sobie tłumaczyć po polsku coraz częściej zatrzymują się, wydając z siebie "yyyy' "eeee" szukając odpowiedniego słowa. Opowiadając sobie to co się działo w szkole widzę, że łatwiej jest im mówić do siebie po angielsku bo mówią tak na codziennie.

Oboje mieszają dwa języki kiedy mówią do nas coś po polsku. Przeważnie nazywają przedmioty po angielsku oraz czynności które wykonują. Na mnie nie robi to żadnego wrażenia, ja rozumiem co do mnie mówią, polskie dzieci z którymi się widza, również mieszają oba języki, więc się rozumieją.
Kiedy dzieciaki rozmawiają z dziadkami i przeplatają słówka na prośbę dziadków potrafią powiedzieć po polsku o co im właściwie chodzi, ale szybciej jest im znaleźć to słowo po angielsku niż nie używane po polsku.

Polska Szkoła w UK.
Bardzo chciałam żeby moje dzieci chodziły do Polskiej Szkoły. Ale!
Byliśmy na zebraniu rodziców, nauczyciele przedstawiali nam program nauczania i właściwie tyle samo ile ja ich mogę nauczyć nauczą ich w tej szkole.
Niektórzy prowadzają dzieci do Polskiej Szkoły by nawiązywały kontakty z Polskimi dziećmi.
My mamy sporo polskich dzieci w naszym towarzystwie. Zrezygnowaliśmy.

Czy nie boję się, że dzieciaki zapomną języka polskiego?

Nie nie boję się, jak mogą zapomnieć coś czym posługują się na co dzień? Owszem pisanie może sprawiać im trudności ale czytać uczą się tam samo po angielsku jak i po polsku, znajomość literek jest taka sama, składanie liter w wyrazy również odbywa się tak samo.
Nie jest dla mnie ujmą to, że moje dzieci mieszkając za granicą nie posługują się poprawną polszczyzną. Dzieci są tak elastyczne, że podejrzewam, że gdybyśmy zmienili kraj gdzie mówi się w jeszcze innym języku również po chwili opanowały by ten język do perfekcji.

Wiadomo, że jeśli nie posługujemy się jakimś językiem to z czasem zapominamy, ale czy dobrym było by to, gdybyśmy wrócili do Polski, dzieci poszły by do Polskiej szkoły, miały by samych polskich kolegów i koleżanki, angielski czy inny język obcy tylko dwa razy w tygodniu w szkole.
I nic więcej, albo nawet gdyby tego języka nie miały, myślę, że ich umiejętność porozumiewania się po angielsku nieco by osłabła.

A czy powodem do dumy nie jest to, że dzieci znają języki obce?
Czy powodem do dumy nie jest to, że w przyszłości będą miały nieco łatwiej ?
Że jeśli pojadą na wakacje to nie będą musiały biegać wszędzie ze słownikiem? Albo nie jechać na wakacje bo nie znają języka i boją się, że sobie nie poradzą?
Sama jestem zła na siebie, że olewałam lekcje angielskiego i niemieckiego. O ile było by w wielu sytuacjach łatwiej.

Chcąc zapewnić bezpieczny start w przyszłość moim dzieciom, dbam o to by były wielojęzyczne.  :)







Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka